nieświeża prasa odpowiada – jak żyć?

W jakiejś poczekalni natknęłam się na stary numer jakiegoś piśmidła. Oczywiście, że tytułu nie pamiętam – Gala? Wysokie Obcasy? Twój Styl? Twój Weekend? Być może któreś z tych, a może zupełnie inne.

Zmęczona wysokimi obrotami mózgu po dowcipie Pratchetta zaczęłam przerzucać kredowy papier. Tak natknęłam się na wywiad z Jaśkiem Melą i Maćkiem Musiałem. W dużej mierze artykuł był tendencyjny, a pytania mało wyszukane i wymagające. Ale wpadł mi w oko jeden fragment, w którym niepełnosprawny zdobywca bieguna opowiadał, jak – kiedy wraca do rodzinnego domu – musi obejść z matką cały ogródek i obejrzeć każdą roślinę wysłuchując dumnych komentarzy rodzicielki. Wyraził zdumienie, że kobieta, której młodszy syn utopił się na jej oczach, starszy po porażeniu prądem stracił rękę i nogę, która straciła w pożarze dom potrafi cieszyć się wschodzącą rzodkiewką.

Może to właśnie o to chodzi. Żeby nauczyć się cieszyć pierdołami  bo to prosty mechanizm obronny. A może to po prostu jakaś tajemnicza psychiczna choroba.

Jak się jej nabawię to proszę mnie nie leczyć.

cdn – rekruci

Ustawodawca daje pierwszeństwo w rekrutacji do przedszkoli m.in. dzieciom niepełnosprawnym. Dzieci takie jednak – nie mydlmy sobie oczu, bo to szczypie – są niewygodne i problemogenne. Co z tego, że subwencja na przedszkolaka z orzeczeniem jest 4-5 albo i więcej – krotnie większa, skoro te pieniądze do publicznych przedszkoli w rzeczywistości nie docierają – jedyny bonus dla placówki z faktu posiadania upierdliwego podopiecznego szlag trafia gdzieś między papierem ksero do poradni pedagogicznej a papierem toaletowym pana prezydenta miasta.

Więc jak sobie biedna uciśniona placówka ma poradzić? Jak uniknąć problemów i pozbyć się niewygodnego dzieciaka?
Można np. zadzwonić do matki i w jednej rozmowie poprosić, namawiać i postraszyć. Narzędziem niezbędnym – oprócz telefonu – jest przekonanie, że rodzic jest ciemny i nie umie czytać, ewentualnie, że jest zbyt leniwy, żeby zajrzeć do regulaminu.

Pewna pani, z pewnej komisji rekrutacyjnej, pewnej takiej właśnie placówki nie była dziś łaskawa przedstawić się z imienia i nazwiska, ale za to spłynęła na mnie łaska poznania wyżej opisanej metody.
- A czy składałam dokumenty do przedszkola specjalnego
Nie składałam
- A czy bym nie chciała
Nie chciałabym
- A dlaczego
A bo mogę nie chcieć
- No ale dlaczego
Dlatego, że moje dziecko – starsze – reprezentuje wyższy poziom rozwoju mowy, niż większość dzieci w tym przedszkolu, a przez ostatni rok świetnie funkcjonował w przedszkolu masowym – tyle, że prywatnym (bardzo się starałam ukryć agresora, który mi się włączył jak przyswoiłam o co jej chodzi)
- A tutaj nie ma zaświadczenia, że ojciec pracuje – możemy odrzucić wniosek z powodu niepełnej dokumentacji
Czytałam regulamin – nie możecie, dokumentacja jest pełna na tyle, na ile być powinna, nic więcej nie potrzeba. (Natłok niecenzuralnych myśli udało mi się zatrzymać na samym końcu języka)
- I na pewno chce pani do nas jako do przedszkola pierwszego wyboru
Przemilczałam. Musiałabym dopytać, czy naprawdę ma mnie za idiotkę, która nie wie co i do kogo pisze – a to mimo wszystko nie wypada, mogłabym wyjść na wścibskie, upierdliwe babsko – a tak jestem tylko upierdliwym. Póki co.
- A to my tu sobie będziemy dalej przeglądać i wyniki będą 22.
Wiem, czytałam regulamin i harmonogram. Do widzenia.

Do usranej śmierci będę się odwoływać jak mi ich nie przyjmą. Choćbym miała tę śmierć usraną w Strasburgu znaleźć to po dzisiejszym telefonie nie popuszczę.
A bezimienna pani z komisji rekrutacyjnej będzie miała jeszcze gorszy dzień niż ten dzisiejszy, w którym się dowiedziała, że są rodzice, którzy znają regulaminy, wiedzą, czego chcą i jak to mogą osiągnąć.

Chyba byłam dla pani niemiła – no cóż, gdzieś w tej prawie 4letniej walce o dobro i prawa moich dzieci zatraciłam zdolność uśmiechania się, gdy mnie kopią w dupę i próbują wydymać.

rekruci

I znów nastał marzec i przyniósł z pierwszymi wiosny powiewami rekrutację do przedszkoli publicznych. W zasadzie już jakiś czas temu postanowiliśmy, że Maks pójdzie do tego samego prywatnego przedszkola, do którego chodzi Miki. Ale nadeszła chwila refleksji i chłodnej kalkulacji i okazało się, że nasz budżet będzie miał nie lada zagwozdkę, jak zmieścić w sobie kolejny wydatek rzędu min. 700 zł. To raz. Dwa – wciąż nie udało mi się – mimo listów do Rzecznika Praw Dziecka, mimo wielu rozmów z dyrekcją – wyegzekwować organizacji wszystkich zajęć, jakich Mikołaj potrzebuje. Nadal nie mam możliwości podjęcia normalnej pracy, bo muszę robić za szofera moich dzieci i obwozić ich po zajęciach rehabilitacyjnych w różnych dziwnych porach dnia.

Nie, nie jestem na tyle naiwna, żeby sądzić, że z marszu dostanę to w przedszkolu publicznym. Ale przez ostatnie dwa lata nauczyłam się, gdzie gryźć, żeby bolało i żeby osiągać cel. Poza tym płacić 1400 zł miesięcznie i dowozić dzieci na zajęcia to zupełnie co innego niż płacić góra 400 zł i robić to samo – w każdym razie dla mnie.
Kolejna walka o respektowanie praw moich dzieci mnie nie przeraża, jedyne, co stało mi na przeszkodzie to chore prawo.

Ktoś siedzący za mniej bądź bardziej luksusowo usytuowanym biurkiem w oświacie miejskiej uznał bowiem, że przedszkole jest przechowalnią i nie dopuszczał do swojej ograniczonej głowy, że może być ono formą rehabilitacji, niezwykle skuteczną dla dzieci takich jak moje (dla „TAKICH” dzieci).

Dlatego zanim jeszcze podano do wiadomości dokumenty rekrutacyjne przekopałam te zeszłoroczne i zrobiłam to, co tysiące matek – zaczęłam kombinować. Na moje nieszczęście nie żyję w konkubinacie, żeby móc udawać samotną matkę. Nie mam też dojść do uczelni wyższej, która poświadczyłaby, że jestem studentką studiów dziennych. Mam – i owszem – znajomych, którzy zatrudniliby mnie na miesiąc na umowę zlecenie i wydali zaświadczenie o zatrudnieniu, ale oznaczałoby to utratę świadczenia pielęgnacyjnego, które w większości wydajemy na rehabilitację. „Kochane dzieci, w tym miesiącu nie będziecie się uczyć mówić, bo mamusia robi przekręt, żeby Wam zapewnić przedszkole” – jakoś średnio brzmi, nie?

I wtedy trafiłam na stronie jednego z miejskich przedszkoli na wzmiankę, że w związku ze zmianą ustawy regulamin rekrutacji pojawi się później, a i sama rekrutacja się odsunie w czasie. Znalazłam sobie rzeczoną ustawę i radość na mnie spłynęła ogromna – okazuje się, że nie jestem taką zupełną kosmitką z moimi poglądami, że przedszkole powinno pełnić przede wszystkim inną funkcję niż przechowalnia. Dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności dostały pierwszeństwo w przyjęciach do placówek przedszkolnych na równi z dziećmi, których rodzice lub rodzeństwo takie orzeczenia posiadają, dziećmi z rodzin zastępczych i wychowywanych przez jednego rodzica (tu też się ukróciło konkubinatom, bo wymagany jest wyrok sądu). Rekrutację podzielono na dwa etapy – pierwszy – w którym przyjmuje się dzieci wskazane w ustawie i drugi, w którym przedszkole może wprowadzić własne kryteria.

Tym sposobem wydawałoby się, że moi chłopcy nie powinni mieć problemu z dostaniem się do przedszkola publicznego – punktują podwójnie, bo każdy z nich ma orzeczenie o niepełnosprawności i niepełnosprawne rodzeństwo.
Ale jakoś mi to wszystko za różowo wygląda. I trąci, oj trąci. Trąci mi np. to, że rekrutacja ruszyła dziś. Zawiozłam Mikołaja na zajęcia i ruszyłam złożyć dokumenty. Nie – nie trafiłam na kolejkę rodem z PRL – oprócz mnie z wnioskami o przyjęcie nie było nikogo. Weszłam po schodach depcząc intendentce po piętach, bo właśnie przyszła do pracy. Czytaj – byłam pierwszą osobą zgłaszającą chęć posłania dzieci do tego przedszkola, a przynajmniej wg regulaminu tak by wypadało. Tymczasem pani intendentka wyciągnęła kartkę i kazała wpisać dane dzieci pod 19stoma innymi.
Nie, nie martwi mnie, że moje dzieci nie zostały zgłoszone jako pierwsze – kolejność zgłoszeń nie ma znaczenia w rekrutacji. Ale coś tu jest nie halo, a ja jestem na to wyczulona – mam wrażenie, że po raz kolejny ktoś chce mnie wykiwać, chociaż za plecami mam ustawę – ba – cały Dziennik Ustaw RP.

Dlatego za wcześnie na radość, chyba nawet z nadzieją jestem ostrożna, bo za dobrze znam naszą oświatę miejską, żeby uwierzyć ot tak, że będzie wszystko zgodnie z prawem, zgodnie z logiką, zgodnie wreszcie z moimi oczekiwaniami.
Obiecałam sobie studia jeśli chłopcy dostaną się do przedszkola publicznego. Po prawie 5 latach wyszłabym z domu, do ludzi, zrobiła coś co byłoby inwestycją w siebie. Ale planów wielkich nie kreślę – boję się, że wyjdzie…

jak zawsze.

ostateczność

Powalił mnie stres wczorajszego Dnia Dziadostwa w przedszkolu, PMS i parę pomniejszych gówienek. Przygniotło mnie dzisiejsze nieustanne wycie Maksa.
Są takie dni, które po prostu muszą skończyć się szklanką czegoś mocnego.

Może kilkoma.

Kilkunastoma w ostateczności.

Albo dziś.

organ nadrzędny wie

Wyjeżdżając na logorytmikę z Maksem o mało nie rozjechałam listonosza. Nie lubię go, żadna strata, ale cholernie się spieszyłam a prokurator nie ułatwiłby mi przejazdu przez zakorkowaną stolicę po pierwszych opadach śniegu. Hamulec.
Podpisałam, odebrałam, but, pedał. Na pierwszym czerwonym świetle otworzyłam jedną z dwóch kopert.
Sratatata w związku z wynikiem kontroli organu nadrzędnego i podważenia orzeczenia o niepełnosprawności pani syna wzywamy na ponowną komisję blablabla niejakiego Franciszka G.
Spojrzałam w nagłówek – no do mnie. Ale co mnie obchodzi, że Franiowi G. kimkolwiek by nie był podważyli orzeczenie. Zanim dojechałam do następnych świateł już zalewałam się łzami – o cholera, a jak to chodzi o Mikołaja tylko dane osobowe pomylili? Jeśli wzywają nas na komisję żeby nam zabrać prawa do świadczenia pielęgnacyjnego?
Roztrzęsionymi rękami rozrywałam drugą kopertę jednocześnie zmieniając pasy ruchu. Blablablablablablabla Maks. Aha. Czyli świadczenie bezpieczne. Ale czego znowu? Dojechałam do kolejnego czerwonego światła siedząc jak na szpilkach – bo niby na Maksa dostajemy dużo mniejsze pieniądze, ale jeśli orzeczenie jest nieważne to może trzeba je będzie zwrócić… przez te 2 lata to będzie ponad 3000 zł. Dlaczego zawsze jak wychodzimy na finansową prostą musi się coś spieprzyć?

Miała miejsce kontrola z organu nadrzędnego, która uznała, że na podstawie zgromadzonej przez PCPR dokumentacji Maksiowe orzeczenie nie miało prawa zaistnieć i zostało przyznane wbrew obowiązującym przepisom. No nie, litości. Przeszperałam moje szare komórki, znalazłam szufladkę opisaną „Niby gówno, ale może się kiedyś przydać”, wydobyłam z niej wspomnienie o komisji Maksa. Opasła teczka z dokumentacją, wszystkie możliwe badania i opinie – czego im do cholery brakuje? Po nitce do kłębka doszłam, że musieli przed tą kontrolą zgubić naszą dokumentację.

Zanim dojechałam na zajęcia już byłam gotowa iść nazajutrz do PCPR i zrobić im tam jesień średniowiecza. Upchnęłam dziś jednego dziecia do przedszkola, drugim uszczęśliwiłam prabcię i odpowiednio nastawiona ruszyłam. Właściwie nawet gdybym nie miała paliwa to pewnie siłą wściekłości zapchałabym starą Astrę do urzędu.

Zaczęłam od Franciszka G., bo najważniejsze były dla mnie kwestie formalne – czyli czy rzeczywiście ja i czy na pewno z moim dzieckiem mam się stawić. Pani mnie bardzo grzecznie przeprosiła za pomyłkę, naprostowała. Nie miała kobiecina pojęcia, że tym samym rozładowała większą część mojego cudownego nastawienia. Powinnam jej może powiedzieć, że działa jak balsam, bo potem było tylko lepiej – sama z siebie wyciągnęła dokumentację Maksia, która jednak nie zaginęła oraz pokazała mi raport z tej nieszczęsnej kontroli. Tym sposobem okazało się, że to nie wina naszego PCPR tylko kontrolerów, którzy są niedouczonymi idiotami, którym się wydaje, że ich wiedza z zakresu audiologii jest większa niż lekarza specjalisty audiologa-foniatry.
Wg nich Maks ma niedosłuch w stopniu lekkim, który nie uprawnia do nadania statusu osoby niepełnosprawnej. Gwoli wyjaśnienia – niedosłuch lekki mieści się w parametrach 20-40 dB, Potworzak ma 50-60 dB w zależności od częstotliwości.

Pani z PCPR stwierdziła, że nie mam się czego obawiać, orzeczenie zostanie podtrzymane. Nie powiedziała tego wprost, ale dała do zrozumienia, że skład komisji może być ten sam, a nawet jeśli nie, to żaden tutejszy orzecznik nie podważy opinii swojego kolegi. Ręka rękę myje – jedna z większych bolączek polskiego społeczeństwa tym razem zadziała na moją korzyść. Tylko, że uruchomi się ją zupełnie zbytecznie przez głupotę i niewiedzę jakiegoś urzędasa. A na komisję i tak stanąć muszę.

A następnym razem po prostu rozjadę listonosza.

co ja o tym myślę

Dostałam linka do pewnego materiału, który dotyczył stanowiska „kultury głuchych” wobec implantów ślimakowych. Do linka załączone było pytanie od osoby, która poleciła go mojej uwadze – jak w tytule notki.

Nie przyszłoby mi do głowy podejrzewać autorkę pytania o nieżyczliwość czy złośliwość. Ale wzburzyło mnie, że oczekuje się ode mnie zajęcia jakiegokolwiek stanowiska. Czy mnie musi obchodzić, co inni – słyszący czy niesłyszący – sądzą o systemie implantu ślimakowego? Czy naprawdę moje dziecko nie może mieć czegoś na głowie bez wzbudzania wokół tego dyskusji albo uczestniczenia w niej na cudzym podwórku? Czy we własnym domu nie mogę kichnąć, żeby nazajutrz pół świata nie życzyło mi zdrowia?

Więc proszę – oto co ja o tym myślę – Uważam, że to zabawa lękiem rodziców o dziecko i że jest ona czystym kurewstwem.

I że mam to głęboko, bo tylko tak mogę nie brać w tym udziału jako zabawka.

dupościsk (z dedykacją)

Zaszczytny tytuł rodzica dziecka niepełnosprawnego nie uprawnia jedynie do darmowych przejazdów stołecznym ZTM z dzieckiem. W pakiecie jest jeszcze wiele bonusów, a wśród nich najważniejszy – wyrzuty sumienia.
Najpierw dlatego, że dziecko jest niepełnosprawne – a bo w ciąży zjadłam cukierka z alkoholem, a bo świeże powietrze było zbyt mało świeże gdy spacerowałam. Jeśli – jak w moim przypadku niepełnosprawne jest więcej niż jedno dziecko dochodzą jeszcze samooskarżenia o egoizm (bo tak bardzo chciałam mieć dwójkę/trójkę/dziesiątkę dzieci, a teraz przeze mnie będą cierpieć).
Wyrzuty owe nie znikają, rosną sobie, karmią się lękiem o dziś i jutro naszego dziecka, mnożą się. Rehabilitacja odrobinę je zagłusza (oczywiście nie po to jest podejmowana), choćby dlatego, że się przestaje mieć na nie czas.

Od urodzenia Mikiego przez nasze życie przewinęło się parudziesięciu terapeutów – jedni zostawiali w nas po sobie uśmiech, nadzieję, a inni niesmak i gniew. Jednych będziemy omijać z daleka w przychodniach i środkach komunikacji miejskiej, do innych zadzwonimy za 20 lat zapytać, czy by nie skoczyli z nami na piwo. Wszyscy jednak powtarzali – ćwiczcie w domu. Największy mój wyrzut sumienia.
I mimo mojej ogromnej sympatii do niektórych rehabilitantów czuję się skrzywdzona tym zaleceniem (ha – nikt nie może zaprzeczyć temu, jak ja się czuję).

Moje dzieci nie chcą i nigdy nie chciały ze mną ćwiczyć. Ja też nie chciałam z nimi ćwiczyć, przerastało mnie to, ale podejmowałam kolejne próby, ciężko przeżywałam porażki. Nakręcono mnie i sama nakręciłam się do tego stopnia, że niemal całkowicie straciłam zdolność do czerpania radości z przebywania z moimi dziećmi. Zaczęłam na nie patrzeć jak na chodzące wyrzuty sumienia, zamykałam się w sobie, uciekałam od nich.
Musicie ćwiczyć – musimy ćwiczyć. Nie możemy ćwiczyć, nie chcemy ćwiczyć, ćwiczenie nas frustruje, ćwiczenie nie wprowadza w nasze życie domowe nic dobrego.

Spróbowałam inaczej – zapchałam chłopakom tydzień do granic możliwości – nie było dnia, kiedy nie odbywały się jakieś zajęcia. Do domu wpadaliśmy na spóźniony obiad, który w dodatku musiałam zrobić. Nie chcą ćwiczyć, muszą ćwiczyć, muszę im zapewnić możliwość ćwiczenia.

Nie umiem kupić własnym dzieciom zabawki, która nie jest edukacyjna, która nie rozwija ich języka albo przynajmniej ręki czy paznokci, która nie jest POŻYTECZNA.

Tup! Tup! Tup kurwa! Będę tupać. Gryźć, wierzgać i pluć. Jestem kłębkiem nerwów. Moje dzieci są kłębuszkami. Dlaczego mam im i sobie jeszcze dokładać? W imię czego? W imię tego, że MUSZĘ, MUSZĄ, MUSIMY? Musimy patrzeć na siebie z niechęcią, musimy od siebie uciekać z krzykiem gdy jedno z nas bierze zabawkę, którą potencjalnie można wykorzystać do rehabilitacji?
Ktoś powie – można bawiąc uczyć. Można. Tylko zanim powie ten ktoś to niech się zastanowi, czy 2 i 3 latek – nawet z niedosłuchem – mogą być tak głupi, żeby się nie połapać? Są przesiąknięci rehabilitacją od pierwszych tygodni życia, kumaci i sprytni. Doskonale wyłapują najlżejszy smrodek terapii. Co wolno wojewodzie… co wolno terapeucie to nie matce. Jeśli większości ludzi w wieku produkcyjnym łatwiej pracuje się z obcymi niż z rodziną to co się dziwić małym dzieciom.

Po pierwsze – zredukować rehabilitację do tej faktycznie efektywnej i osiągalnej finansowo. Po drugie – być, kochać, uczyć tego, co ważniejsze od rehabilitacji, pamiętać, że to najpierw jest dziecko, a dopiero potem niepełnosprawne.

Tak w ramach rozluźnienia zwieraczy.

na trasie Wrocław – Warszawa

„Brakuje nam Twoich wpisów” oświadczył mi onet po raz kolejny w bardzo intymnym, automatycznym mailu. Mi też brakuje, cóż jednak poradzić, skoro one są takie kapryśne i nie chcą się pisać, nie mają dla siebie czasu ni weny? Prawda jest taka, że pisanina moja ma pobudki czysto egoistyczne i uprawiam ją wtedy, gdy mi to jest potrzebne.

Wracam właśnie w domowe pielesze po naładowaniu akumulatorów – ładowano mnie spokojem, ciepłem, humorem , długimi godzinami rozmów i snu oraz winem. Uwielbiam. I teraz wszystko wydaje się prostsze, nawet wykonalne.

Nie mam złudzeń, moi panowie wyssą kwas z tych bateryjek w oka mgnieniu, ale wnioski mają szansę przetrwać, motywacja zdążyć wprawić w ruch koło zamachowe, a ciepło, które dostałam rozpączkować jak drożdże i podzielić się między tych, dla których wcześniej nie starczało.

Tak sobie myślę, że strasznie toksyczna jestem i właśnie mnie zneutralizowano.

A mąż mi w smsie doniósł, że czeka na mnie ze schłodzonym winem – wychodzi na to, że w ramach detoksu zostanę alkoholiczką.