Mikołajek


Tagi




Nasza historia: Mój synek Miki ma głęboki obustronny niedosłuch (progi słyszenia 80-90db). W maju br. wszczepiono mu implant ślimakowy, w połowie czerwca podłączono procesor mowy. Obecnie czekamy na efekty rehabilitacji. Razem z tatą - panem M. tworzymy szczęśliwą małą rodzinkę i z zachwytem obserwujemy rozwój najważniejszego człowieka na świecie. Jesteśmy dobrej myśli, ale jak każdy miewamy lepsze i gorsze dni, a o górkach i dołkach Magdy - mamy Mikołaja można przeczytać po prawej stronie :) Dodam jeszcze, że Miki we wrześniu zostanie starszym bratem małego Maksia :D


Dawno, dawno temu...
Po pół roku starań zaszłam w upragnioną ciążę. Nie dane mi było cieszyć się nią - w 8tc serduszko naszego dziecka przestało bić. Zostaliśmy z mężem w żałobie, do której prawa - wg większości - nie mieliśmy. Zaczęło się bieganie po lekarzach, robienie badań. Życie zmieniło się w wegetację - nie cieszyło i nie interesowało nic, wszystko było ukierunkowane na prokreację i - siłą rzeczy po kolei zmieniało się w zgliszcza. W końcu usłyszałam wyrok: "pani w ciążę prędko nie zajdzie"... a tydzień później zobaczyłam na teście ciążowym 2 kreseczki. Dziś jestem mamą Mikołaja, który urodził się 12 sierpnia 2010.

Księga Gości



To już było
2011
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień


Moje miejsca
Stary blog
Zielone Imperium
Forum JMA

Linki
Blog PrzedPorodem
Katarina
Bąblowa
Sara
Minia




















pestka-w-pestce




miś ma wielkie OCZY

Od przedwczoraj Miki u każdej zabawki pokazuje paluszkiem na oczy i mówi: "OKO". A ja wtedy się rozpływam, przytulam go, głaszczę, całuję, ocieram łzy i jestem tak cholernie, cholernie dumna.

Wczoraj babcia znalazła całkiem już wyrżniętą górną jedynkę... czyli to jednak nie przez katar młody nie mógł spać. Dziś też od rana jest nieznośny, żeby go utulić do popoudniowej drzemki musiałam przez pół godziny wysłuchiwać przeróżnych chlipów i wrzasków, po czym po 20 minutach obudził się z żałosnym płaczem. No i wszystko oczywiście wędruje do buzi. Myślę, że nadciąga druga jedynka... nie wiem, czy to ogarnę :/
Rozpaczliwie potrzebuję urlopu od dziecka. Chwilami doprowadza mnie do pasji a moje reakcje przez zwykłe zmęczenie jego harcami są nieadekwatne - bardzo się denerwuję i bywa, że krzyczę, po czym czuję się jeszcze gorzej i denerwuję bardziej. A tu urlopu nie widać - wręcz przeciwnie, 17 wyjeżdżamy do Koszelówki na turnus rehabilitacyjny i znów będę z nim sama. Póki co musi mi wystarczyć niedziela - kino, zakupy i chińczyk bez troszczenia się o zasmarkany nos, niedopite mleko, przesikanego pampersa.

Rwa kulszowa trochę odpuściła, już M. nie musi mi pomagać wkładać nóg do wyra. Chyba się przestraszyła, bo jej pogroziłam pyralginum. Maksio za to odpuszczać nie zamierza, skacze mi tam w środku aż obiad potrafi wrócić pod migdałki. Nie jest łatwo być ciężarówką z dodatkowym bagażem w postaci niespełna roczniaka. O mężu nie wspomnę :P

Tagi: rehabilitacja, perypetie młodej mamy, miki w akcji, kolejna ciąża
2011-07-07 14:48:27 skomentuj (0)


będzie o aborcji

Pomijając kwestię ostatniego rozpatrywania bzdurnego projektu obywatelskiego, nt. którego ostatnio wrzało na przeróżnych forach nie mogę się oprzeć wrażeniu, że rządzi nami garstka ludzi bez kręgosłupa (nie tylko moralnego).
Żeby była jasność - ja, matka niespełna rocznego Mikołaja, małego bąbla noszonego pod serduchem i fasolki, której nie dane było się rozwinąć - jestem za legalizacją aborcji. Rzygam już serdecznie tym, że kościół wpieprza się w każdy aspekt życia publicznego nawet tych osób, które się od niego odsuwają. Rzygam wypowiedziami pseudowrażliwców pytających, jakim prawem kobieta chce wybierać za ojca dziecka - donosić czy usunąć. I nic mnie bardziej nie drażni niż wycieranie sobie gęby frazesem "ochrona życia poczętego".

Oj co ja się ostatnio naczytałam, że facet może być równie mocno związany z dzieckiem co kobieta. Może, ale psychicznie - fizycznie w czasie ciąży i karmienia związana jest z nim tylko matka. Facet w obliczu ciąży zawsze ma wybór: odchodzi i nie chce mieć z dzieckiem nic wspólnego, albo zostaje. Kobiecie się odmawia takiego prawa. Ma być inkubatorem, ma znosić niewygody ciąży czy jej pragnie czy nie - nie może się wyprzeć, nie może usunąć ciąży, nie może sama zadecydować o własnym ciele, musi sprostać temu, czego oczekuje od niej "prorodzinne" państwo, mężczyzna, rodzina i społeczeństwo. To samo społeczeństwo, które wytknie ją palcami jako nie szanującą się dziwkę.

"Umiesz rozłożyć nogi - musisz być gotowa na ciążę, liczyć się z konsekwencjami". My kobiety umiemy też wiele innych rzeczy, nie wszystkie z nich są mądre, a jednak za wiele nie musimy pokutować.

"Jest wina, to musi być i kara" - gówno prawda - często unikamy kary za własną głupotę, zaniedbania, lekkomyślność/ W tym jednak przypadku to wykluczone. Prawnie.

"Zawsze jest jakieś rozwiązanie" - panowie mają w tej kwestii wiele do powiedzenia. Tylko, że te rozwiązania dla nich samych rzadko kiedy są nielegalne. Im wolno uniknąć konsekwencji zgodnie z prawem. Kobietom - nie.

Ochrona życia od poczęcia? Ciężko mi nie parsknąć ironicznym śmiechem kiedy po raz eNty to słyszę. Wraca do mnie jak bumerang maj 2009 r. i to, jak moje poczęte, poronione dziecko i mnie, jako jego matkę potraktowano w szpitalu. Wracają jak echo wypowiedzi dziewczyn z cudownego forum JMA (w linkach). Wraca cierpienie - moje własne i każdej z nich. Państwo i urzędnicy, kościół i kler, społeczeństwo, a nawet własne rodziny odmawiały nam prawa do żałoby po utraconych dzieciach, których nikt nie traktował jak dzieci - to były płody, zlepki komórek, po których nie warto rozpaczać, bo "jeszcze będziesz miała dzieci". Tak wygląda w Polsce ochrona życia od poczęcia - jest wyświechtanym frazesem, pustymi słowami, formułką, którą zasłania się kościół i pseudokatoliccy politycy do osiągnięcia własnych celów.
Szkoda swoją drogą, że życie poczęte, kiedy już wyjdzie z łona matki przestaje nasze miłosierne państwo aż tak interesować. Przypomina mi się doskonały reportaż oglądany jakiś czas temu o trójce rodzeństwa, której często na dzień musiała wystarczyć podzielona na 3 kromka chleba. Jak szyderstwo dzwoni mi w uszach hasło jednej z akcji szeroko reklamowanej w tv: "Raz dwa trzy, dziś obiadu nie jesz ty". Dlaczego nielegalna jest aborcja, a legalny fakt, że są dzieci cierpiące głód?

Nigdy nie usunęłabym ciąży. Bo dla mnie samej, abstrahując od nauki kościoła, którą mam w głebokim poważaniu, moje poczęte dziecko nigdy nie będzie zlepkiem komórek. Jak więc mogę być za legalizacją aborcji? To proste... chcę dla siebie i innych możliwości wyboru i samostanowienia.
No i ciężko nie być za aborcją, jak się czasem ogląda tych wszystkich pseudomądrych ludzi w sejmowych ławach :P



Tagi: moje mądrości
2011-07-04 20:36:19 skomentuj (4)


z różnych beczek

To nie był ząbek - kroiła się infekcja. Nazajutrz młody wywalił giga katarem, dziś do tego zaczął kasłać, więc wylądowaliśmy u lekarza. Tym razem bez antybiotyku póki co. Za sobą mamy 4 niedospane nocki, z czego 2 byłam z nim sama i to był koszmar - jego płacz i nadaktywność w połączeniu z moją rwą kulszową i zmęczeniem.

Mały łazik dzisiaj postanowił się podmalować na fioletowo - nabił sobie takiego siniaka pod okiem, że będzie miał pamiątkę na kilka ładnych dni. Jak? Jak zwykle po wieczornym mleku urządzał sobie spacerki po łóżeczku, ja siedziałam obok czekając aż zmęczenie weźmie górę i w końcu się utuli. Łaził, łaził, uśmiechał sie do mnie... i nagle postanowił się puścić i potknąć. Uderzył w bok łóżeczka, wyglądało to bardzo groźnie, byłam przerażona. Miejsce mocno unerwione więc i bardzo płakał. Szkoda mi strasznie tego mojego włóczykija, bo to na pewno będzie bolało i jutro i pojutrze. Po tym wszystkim dał się utulić i zasnął.

Miki zaczął reagować w samym implancie na dźwięki (HURA!!!) - póki co na klaskanie (w aparatach też od tego zaczął) ale też dziś zaobserwowałam, że włączył grającego bączka i zaczął tańczyć po swojemu. Jeszcze są to reakcje nie do końca skoordynowane, ale dla nas to mega krok do przodu.
Ostatnio pojawiła się nowa - tak upragniona i wyczekiwana sylaba - MA :) czekamy na MAMA :)

Ciążę znoszę nieźle, to już 30ty tydzień. Tylko ta noga... calutkie biodro i w dół aż po kostkę. Są dni lepsze i gorsze, ale i tak zawsze muszę zwracać uwagę jak stawiam kroki, jak siadam, kładę się czy wstaję. Jeden nieostrożny, nie do końca opracowany ruch i zwijam się w kłębek z bólu. Mam wrażenie, że jest coraz gorzej, nie wiem, jak sobie poardzę na turnusie sama z małym.

Druga kreska K. przyniosła niestety fatalne skutki. K. poroniła, stracili drugie dziecko. A do mnie wróciło wszystko sprzed ponad 2 lat... każda minuta spędzona w domu w niepewności, u gina w rozpaczy i w szpitalu w upokorzeniu i bólu. Tego się nie da zapomnieć.[*]

Tagi: poronienie, implant ślimakowy, miki w akcji, kolejna ciąża
2011-06-30 22:55:52 skomentuj (0)


tytuł nie może być pusty

Ząbki wyszły - dwie górne dwójki - Miki wygląda jak mały kasownik :) I teraz jest troszkę hmm... spokoju? Powiedzmy. Młody intensywnie się przemieszcza, łóżeczko oblatuje dookoła w kilkanaście sekund, a dzisiaj odkrył, że ruszanie kolanami to lepszy sposób poruszania się niż ciąganie brzuszka po podłodze. Wprawdzie myślę, że jeszcze kilka dni potrwa zanim na dobre przerzuci się na czworakowanie z czołgania, ale jesteśmy na dobrej drodze do tego, żeby koszulki w końcu dały się doprać :P Młody wspina się na wszystko - najchętniej tam, gdzie jest to najmniej bezpieczne - kominek i szklany stolik - oczy dookoła głowy to mało.

A ja zwijam się z bólu. Dopadła mnie rwa kulszowa i bieganie za młodym, odciąganie go od miejsc potencjalnie guzotwórczych jest naprawdę ogromnym problemem. Chwilami dosłownie się zwijam - owszem, w ciąży z Mikim też miałam ucisk na nerw kulszowy, ale to było nic w porównaniu z tym, jak mnie teraz ciśnie Maksio. Mogę sobie wyć, błagać o Ketonal i... posłusznie łykać nie za często cukiereczka o nazwie Apap, który nie daje nic. Dr B. wysyłała mnie na fizjoterapię, ale to niewykonalne - raz, że dojazd, a dwa - co z moim zwierconym Bąblem? Nie mówiąc o kosztach, bo czas oczekiwania na zabiegi refundowane pewnie sięgałby kolejnej ciąży (czy już wspominałam, że więcej ciąż nie planuję? :P )
Brzdąc w brzuchu jest dużo aktywniejszy, niż w tym okresie ciąży jego starszy brat - chwilami mam wrażenie, że odbija się od jednej strony brzucha po to żeby odbić się od drugiej... i tak na zasadzie ping-ponga przez kilka minut.

Trzymamy wszystkie kciuki za K. - oby jej druga kreska na teście oznaczała upragnione maleństwo.


Cholera jasna... chyba będzie kolejny mikusiowy ząbek. Obudził się przed chwileczką z wielkim płaczem, nie dał się uspokoić, pchał paluszki do buzi. Musiałam wtarabanić się do jego łóżeczka (błogosławię siebie samą, że wybrałam łóżeczko 70x140 a nie mniejsze), położyć zgięta w chińskie S obok i utulić - dopiero zasnął. Aua... moja noga ;(

Tagi: miki w akcji, kolejna ciąża
2011-06-26 21:33:20 skomentuj (0)


cycate metro

Happening na Polach Mokotowskich w metrze (klik) apropos tematu mojej wczorajszej notki wywołał lawinę komentarzy na forum Gazety. Przebrnęłam w pocie czoła przez wszystkie dzwiąc się ludzkiej głupocie-zarówno uczestniczek happeningu jak i komentujących. Porównywanie karmienia piersią do publicznej defekacji wydaje się być szczytem błyskotliwości forumowiczów.
A ja mam w tej kwestii do powiedzenia tyle tylko, że jak szykuję młodemu butlę to potrafię z uśmiechem z daleka mu nią machać, ale nie wyobrażam sobie iść do dziecka i machać mu obnażonym cyckiem. Posiadam kilka zdjęć swoich w czasie karmienia, ale niekoniecznie chciałabym je zobaczyć w gazecie. I wreszcie - skoro karmienie piersią jest tak naturalne, to czy z rzeczami naturalnymi trzeba się obnosić?
Karmmy w miejscach publicznych jeśli dziecko tego potrzebuje, ale nie rzucajmy cyckami ludziom po oczach. A skoro już porównujemy do defekacji to zakładając, że ktoś jest trzeźwy i w pełni władz umysłowych i w miejscu publicznym czuje, że pęcherz mu za chwilę strzeli, a nie ma toalety to przecież też szuka sobie choć trochę osłoniętego kącika, a nie robi happening w celu przekonania społeczeństwa, że nie powinno się czuć zniesmaczone sikaniem na środku ulicy - nie? Ten cały happening to szukanie dziury w całym, a komentarze na forum gazety - pogłębianie tej dziury. I chyba zrobi więcej złego niż dobrego.


2011-06-16 13:09:10 skomentuj (1)


cyc nieprzyzwoity i Mikołkowe harce

Tak sobie wykombinowałam, że nie miał człek problemu to sobie fora internetowe stworzył. Kolejne wielkie halo oprócz zwolnień lekarskich w ciąży jest wokół karmienia piersią... Wszyscy krzyczą, że trzeba, na butelkowe mamy patrzą jak na conajmniej wyrodne, ale karmienie na ławce w parku - choćby i w ustronnym miejscu budzi zgorszenie (swoją drogą miejsce ustronne za zwyczaj charakteryzuje się tym, że trzeba wykazać się odrobiną ciekawości żeby w nim dojrzeć to, z czym dana osoba się izoluje - no ale własną ciekawość zawsze można wytłumaczyć tym, że mogła sobie poszukać miejsca ustronniejszego - np. schronu albo kompleksu poniemieckich bunkrów)
I tak sobie wspominam moje 3 miesiące karmienia... Ekshibicjonistką jestem wybiórczo - o ile seks poza domem jest dla mnie wizją pociągającą o tyle nigdy nie dążyłam do afiszowania się z karmieniem. Nie przepadam za moim wielkim biustem a więc co za tym idzie niekoniecznie chcę go pokazywać. Tym bardziej, że karmienie od początku było dla mnie problematyczne - naprawdę nie jest łatwo karmić dużą piersią maleńkie dziecko. Początki były bardzo trudne, w końcu jakoś się z Mikim zgraliśmy i wypracowaliśmy 3 niezawodne systemy - niestety wszystkie były mało mobilne, bo wymagały albo pozycji leżącej, albo poduszki do karmienia. Także z cyckiem nogdzie dalej w teren ani rusz na dobrą sprawę. Karmiłam krótko, bo alergia młodego dała nam popalić do tego stopnia, że odpuściliśmy. Rozstanie było okupione moimi łzami i wielkim żalem (młody raczej nie zauważył), wyrzutami czynionymi przez Sumienie oraz Sumienie Drugie w postaci okolicznego mohera wyłapującego z tłumu matki butelkowe.
Ale teraz powoli nadciąga mały Maks, którego zamierzam karmić piersią jeśli tylko to będzie możliwe. A że nie wyobrażam sobie siedzenia na tyłku w domu to będę musiała sobie jakoś z kompleksami poradzić - tym bardziej, że nie zrezygnujemy z Mikim ze spacerów.
I jakoś niewiele mnie będzie obchodzić, czy kogoś to będzie obrzydzać. Tak jak swojego czasu nikt się nie pytał, czy obrzydza mnie wielka goła dupa na warszawskich Domach Centrum reklamująca ciuchy (???) bardzo znanej acz wg mnie chłam sprzedającej firmy (choć przyznać im trzeba, że reklamowe pośladki znaleźli niczego sobie)

Jesteśmy po poniedziałkowym podłączeniu procesora mowy. Cudu nie było, ale też powiedziano nam, żeby się go nie spodziewać. Za to zaskoczył i ucieszył nas bardzo wynik audiometrii robionej w samym tylko prawym aparacie - Miki osiąga w nim wyniki, których oczekują od osoby z funkcjonującym implantem ślimakowym - nawet rehabilitantki nie mogły pohamować swoich zachwytów nad moim synkiem. A ja puchłam... puchłam... puchłam... z dumy i od żaru z nieba :) Podobno pierwsze rezultaty możemy zauważyć po drugich ustawieniach procesora (13 lipca).

Miki rozwija się skokowo... u niego nie ma stopniowego przyswajania nowych umiejętności. Albo jest stagnacja i wałkujemy to, czego się już nauczył albo jak rusza do przodu to przeskakuje kilka leveli. W ciagu dzisiejszego przedpołudnia nauczył się wstawać w łóżeczku, chodzić w nim wzdłuż poręczy i przechylać się przez nią bujając się na brzuchu. Jakby wrażeń było mało to M. odkrył u niego dwie wyłażące górne dwójki - powód ostatnich ciągłych awantur i marudzeń. Jeszcze się nie przebiły, więc jakieś najbliższe dwa dni będą nadal pod znakiem wrzasku.

Tagi: implant ślimakowy, perypetie młodej mamy, miki w akcji
2011-06-15 20:43:13 skomentuj (0)


nigdy... w życiu

"Kobieta się nie rzuca w romans z innym, jeżeli mąż zaspokaja jej podstawowe potrzeby: bycia kochaną, ważną i szanowaną."


2011-06-12 19:43:37 skomentuj (0)